21 maja 2012, Poniedziałek

Artykuł

09 sierpnia 2010 (20:01)

Asymmetry Festival 29.IV-03.V.2010 Wrocław

Cztery dni. Tylko tyle i aż tyle trwało rozrywanie rzeczywistości muzycznej w trakcie tegorocznej majówki we Wrocławiu. Wszystko to za sprawą odbywającej się w ODA Firlej drugiej edycji Asymmetry Festivalu, festiwalu którego odpowiednika próżno szukać w Polsce, a i w Europie spędów muzyków o podobnym profilu zbyt wiele się nie uświadczy.


Najbardziej znanym odpowiednikiem Asymmetry jest holenderski Roadburn, i już po dwóch edycjach wrocławskiego festiwalu jest on z tym legendarnym, dla fanów muzyki niebanalnej, wydarzeniem porównywany. Czy słusznie? Cóż, na Roadburn nie byłem, ale jeśli jest on choć w niewielkiej części porównywalny z tym co już drugi rok z rzędu dzieje się we Wrocławiu, to jest to miejsce, które muszę kiedyś odwiedzić.
W zasadzie to co napisałem w pierwszym zdaniu tego tekstu nie jest tak do końca prawdą. Do wydarzeń festiwalowych można zaliczyć planowane na poniedziałek 3 maja uroczyste otwarcie fontanny przy Hali Stulecia, na którym wystąpi Ezekiel, ale że nie odbywa się to już pod strzechą Firleja, oraz jako że jest to tylko jeden występ pozwoliłem sobie bestialsko odjąć Asymmetry 2010 jeden dzień. Sam festiwal na pewno na tym nic nie straci.


Wszystko zaczęło się we czwartek. Niestety na miejsce festiwalu dotarłem nieco spóźniony i ominąłem początek występu The Mount Fuji Doomjazz Corporation. Występu, który w trakcie całego festiwalu zrobił na mnie największe wrażenie. Kiedy wszedłem do sali, w której odbywał się koncert stanąłem jak wryty. Wiedziałem, że muzycy mają improwizować muzykę, do zmontowanych fragmentów z filmu „Człowiek Słoń” Davida Lynch-a, ale tego co zastałem się nie spodziewałem. Poczułem się jak w kinie, naprawdę starym kinie, w którym wyświetla się filmy, które nie posiadały jeszcze dźwięku. I to nawet nie za sprawą zespołu, czy też wyświetlanych na ekranie scen z filmu, a za sprawą publiczności. Kiedy wszedłem do sali zastałem ludzi, którzy grzecznie jak słuchające z zapartym tchem historii dzieci w przedszkolu, siedzieli na podłodze i z niezmąconą uwagą obserwowali to co działo się na scenie. Niewiele myśląc i ja usadowiłem się na podłodze dając się porwać niesamowitej muzyce doskonale oddającej to co działo się na ekranie. Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy. W tym przypadku o wiele za szybko. Nie będę chyba osamotniony w przekonaniu, że będący członkiem The Mount Fuji Doomjazz Corporation Jason Kohnen, znany zapewne lepiej jako Bong-Ra i występujący jako gwiazda tego wieczoru mógł poświęcić więcej czasu otwierającemu festiwal projektowi, niż swojemu występowi solowemu. Po Mount Fuji na scenie zameldowali się włosi z tria Zu. Składający się z saksofonisty barytonowego, perkusisty i basisty zespół postawił ścianę dźwięku, która przeciętnego „true” fana co mocniejszych odmian metalu prawdopodobnie doprowadziłaby do łez. Mocne, brzmienie oraz co i rusz uderzający dźwięk schizofrenicznie brzmiącego saksofonu to coś, co na długo zapada w pamięć. Świetny występ. Drumcorps zapamiętam głównie ze względu na dźwięki jakie wydawał z siebie paszczą kiedy opuszczał swój stół DJ-a i podchodził do mikrofonu, bo śpiewem to trudno było nazwać. Ale kiedy koncentrował się tylko na muzyce była ona nawet całkiem przyjemna. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że bardzo żywo zachowywał się na scenie. Kończący tego dnia Bong-Ra już takiego wrażenia na mnie nie zrobił. Nie można tego powiedzieć o publiczności, bo dane mu było bisować. Lepiej jednak by było gdyby to Mount Fuji było zamykającym tego dnia bandem, o czym już zresztą pisałem


Na tle pozostałych grających drugiego dnia zespołów zdecydowanie wybijali się Secret Chiefs 3 oraz zespół, na który osobiście najbardziej czekałem, czyli Kylesa. Występujący po Altar of Plagues, Secret Chiefs 3 już na wstępie zyskali moje zainteresowanie. Przez ich sceniczny image, którego głównym elementem były mnisie szaty z zaciągniętymi na głowy kapturami przywodziły na myśl Sunn 0)) i powiem szczerze, że czegoś w tym guście spodziewałem się lada moment z głośników. Myliłem się. Choć momentami muzycy zapędzali się w rejony, których uświadczyć można na albumach Sunn 0)), to przez większość czasu jednak omijali rejony monotonnego doom-u. Zgrzytem występu był fakt, że muzycy momentami zdawali się być nie najlepiej zgrani, jak i to, że można było odnieść wrażenie, że nie do końca wiedzą, w którą stronę podążają ze swoją muzyką. Będące gwiazdą tego wieczoru Kylesa nie powaliła. Może miałem zbyt duże oczekiwania po zeszłorocznym koncercie grających w podobny sposób Baroness, ale zabrakło temu występowi magii. Niby była moc, niby była energia ale brakowało „czegoś”. Dodatkowo będąca jedną ze śpiewających Laura chyba się nie słyszała, bo szło to jej delikatnie mówiąc nie najlepiej.


Z sobotniego dnia festiwalu najbardziej w pamięci pozostał mi występ Tesseract. Niestety jest to raczej doświadczenie z tych, o których chciałoby się jak najszybciej zapomnieć. Irytujący wokalista oraz muzyka, od której słuchania bolały uszy spowodowały, że jeszcze długo potem budziłem się w nocy krzycząc „Nie!!” mając przed oczami scenę Firleja i występujących na niej Tesseract. Zaczęło się jednak bardzo przyjemnie od niemieckiego Kasan i francuskiego Time to burn. Ci pierwsi zaserwowali okraszoną wizualizacjami post-rockową ucztę, drudzy natomiast również poruszają się w klimatach post, tyle że hardcoru. Potem jeszcze tylko wspomniana katorga w postaci Tesseract i na scenie zameldował się Justin Broadrick i jego Jesu. Drugi raz tego wieczora dane było zebranym na Asymmetry podziwiać wizualizacje, tym razem koncentrujące się na krajobrazach. Jesu lubię, ale tego typu muzyka, o tak późnej porze, na żywo i po uprzednim wysłuchaniu zespołów, które najlżejszej muzyki nie grają najlepszym pomysłem chyba nie jest. Na koniec wieczoru jeszcze smaczek dla najbardziej wytrwałych, czyli Justin Bradrick w swoim solowym projekcie Final. Posłuchałem chwilę, ale organizm coraz dobitniej domagał się snu, w związku z czym zebrałem się na bazę noclegową.


Ostatniego dnia festiwalu rozpoczął zwycięzca konkursu Neuro Music – Moja Adrenalina. Występ spotkał się z mniejszą sympatia zebranej publiczności niż to miało miejsce w trakcie konkursu i mimo usilnych prób tak wokalisty, jak i gitarzysty, którzy nie mieli żadnych oporów przed wycieczkami w zebrany pod sceną tłum. Mający groźnie brzmiącą nazwę Necro Deathmort. Rzadko przemawiają do mnie artyści, którzy ograniczają w trakcie swoich występów na żywo dłubią przy swoich laptopach. Tym razem było podobnie. Prezentowana przez Necro Deathmort muzyka może i momentami, bardzo nielicznymi, potrafiła zainteresować, ale prezencja duetu na scenie, która sprawiała, że zdawali się bardziej pochłonięci swoim występem niż obecni w Firleju. Jeden z najlepszych koncertów w trakcie festiwalu dał Mouth of the Architect. Przekrojowy set obejmujący utwory z każdego wydawnictwa jakie wydali Amerykanie to zdecydowanie jeden z jaśniejszych punktów festiwalu. Punkt, który prawdopodobnie miał wpływ na skrócenie czasu traumy jaką wywołało Tesseract. Jako ostatni na scenę w Firleju wkroczyli Esoteric, których jednak po wysłuchaniu kilku utworów postanowiłem sobie odpuścić, zwłaszcza że oznaczało to dotarcie na dworzec spokojnym krokiem, a nie tempem maratońskim.


Kilka słów tytułem podsumowania. Po pierwsze WOW. W tym roku Asymmetry nie było tak wgniatającym w ziemie doświadczeniem jak w roku ubiegłym, nie mniej jednak i tym razem niewiele mnie ponad poziom podłogi wystawało. Nie bez znaczenia pozostał zapewne fakt, że plany organizatorom pokrzyżował pewien Islandzki wulkan, który tak obficie zaprezentował swoje wnętrze przestrzeni powietrznej nad Europą, że niektórzy z artystów postanowili nie ryzykować wyprawy za ocean i zostać w U.S.A. Jak na złość byli to w większości artyści, na których występy najbardziej czekałem. Mam nadzieję, że Helen Money, Yakuza, Shrinebuider nadrobią swoją nieobecność na wrocławskim festiwalu jak najszybciej. Wielkie brawa dla organizatorów, że wyszli obronną ręką z walki z niesprzyjającym im losem i znaleźli godne zastępstwa dla nieobecnych gwiazd. Ponadto atmosfera wydarzenia jak i jego organizacja na najwyższym poziomie. Jednym zdaniem jest to na pewno festiwal, który mógłby jak równy z równym stawać w szranki ze zwycięzcą zeszłorocznego konkursu na najlepszy Europejski festiwal-nasz Opener. Oczywiście gdyby tylko miał publiczność o podobnej liczebności.


[zapraszamy do obejrzenia galerii]



Kosa

Redaktor: Kosa ., Wyświetleń: 415 [do góry]


NFeXjruiWcOkDrk (pokaż więcej)
bQ1w00 fnzzqcexntmu, [url=http://rlvuyapxewth.com/]rlvuyapxewth[/url], [link=http://wqtynmvbqads.com/]wqtynmvbqads[/link], http://stpqqryvtjef.com/

Data: 2011-04-05 19:35:41 [więcej]
Podobne

ARTYKUŁY

Lp Tytuł Data
1 Relacja z Metal Hammer Festival 2011 #561 15 sierpnia 2011 (21:45)
2 OBITUARY, GRAVE, PATHOLOGY - Klub Progresja 13 kwiecień 2011r. #429 17 kwietnia 2011 (15:59)
3 WAKE THE NIGHT TOUR 2011 - K17 Berlin - SIX FEET UNDER, DEBAUCHERY, GODDAMN, HASTUR, DUST BOLT, PERVERSE #648 17 kwietnia 2011 (10:56)
4 Blackstok Offensive w Progresji - zdjecia #442 14 lutego 2011 (21:20)
5 DARK UNITY TOUR 2011 #447 11 lutego 2011 (22:19)
Statystyka

Łukasz Kryściak © 2010 - 2012 metal.shemir.pl, Wszystkie prawa zastrzeżone!