21 sierpnia 2010 (19:45)
Iron Maiden – The Final Frontier
Wyjątkowo dłużyło się oczekiwanie na nowy materiał Ironów. Raz, że „The Final Frontier” ukazuje się aż cztery lata po „A Matter Of Life And Death”. Dwa – zespół nie umilił tego czasu płytą koncertową. Jest jeszcze jeden powód, ale o nim dopiero na końcu.
O „The Final Frontier” najłatwiej pisać w kontekście poprzedniego krążka zespołu. Wszystko przez to, że na płycie znalazło się sporo analogii do „A Matter Of Life And Death”. Raz wydają się one nazbyt oczywiste (akustyczny początek „The Talisman” tylko nieznacznie odbiega od introdukcji „The Legacy”), innym razem skojarzenia nasuwają się dopiero po dłuższej chwili. Nowy album w wielu momentach przewyższa swojego poprzednika. Zdarza mu się także powielać jego błędy, jak nienaturalne wydłużanie utworów. Nadzwyczaj brutalnie słychać to w „The Isle of Avalon”, którego rozlazły wstęp męczy niemiłosiernie, ale kiedy numer już się rozkręci, staje się jednym z najciekawszych fragmentów płyty. W tej rozbudowanej, trwającej dziewięć minut dzieje się na tyle dużo, że za każdym razem można odkrywać ją na nowo. Całkowitym nieporozumieniem jest natomiast pierwsza część „Satellite 15… The Final Frontier”. Czterominutowe wprowadzenie intryguje jedynie przez kilkanaście pierwszych sekund. Później trudno oprzeć się wrażeniu, że słuchamy wciśniętych na siłę, nikomu niepotrzebnych chaotycznych dźwięków. Kiedy do głosu dochodzi Bruce Dickinson, przez moment robi się jak w najsłabszych momentach „Tyranny of Souls” – ostatniego solowego krążka frontmana Ironów. W którymś momencie motyw bezsensownie się urywa i dopiero wtedy wchodzi kapitalny, osadzony w najlepszej tradycji rocka riff utworu tytułowego. Wyśmienity otwieracz, zdecydowanie najlepszy od lat. Gdyby tylko ograniczyć go wyłącznie do „piosenkowej” części, byłoby genialnie. Warto zwrócić uwagę na balladowy „Coming Home” z wyśmienitą bluesową solówką. W tym kawałku wyraźnie pobrzmiewają echa „Out Of The Shadows” z ostatniej płyty.
Największe smaczki zespół zostawił tym razem na koniec. „The Man Who Would Be King” rozpoczyna jeden z najpiękniejszych motywów w całej karierze Ironów. Po chwili numer ostro się rozpędza i – z małymi przerwami na zwolnienia – przez dobre siedem minut pędzi na złamanie karku. Krążek zamyka „When the Wild Wind Blows”, który może śmiało kandydować do miana najlepszego numeru Maiden w XXI wieku. Dostojna, pełna epickiego rozmachu kompozycja spięta w klamrę złowieszczym odgłosem wiatru zawiera wszystkie elementy, za które świat pokochał Iron Maiden. Roi się tutaj od zmian tempa, efektownych przejść. Do tego w obrębie jednej tylko kompozycji otrzymujemy istną kopalnię kapitalnych riffów, solówek i przebojowych zaśpiewów Dickinsona. Zwieńczenie „The Final Frontier” to istne arcydzieło.
Steve Harris deklarował, że chce nagrać piętnaście płyt studyjnych. Jeśli wierzyć w te zapewnienia, „The Final Frontier” jest ostatnim studyjnym dziełem Iron Maiden. Nic więc dziwnego, że fani na całym świecie z wypiekami na twarzy oczekiwali nowego materiału. Wszystko jest już jasne. Możecie spać spokojnie, Maiden spełnili wszystkie pokładane w nich nadzieje.
1. Satellite 15… The Final Frontier
2. El Dorado
3. Mother of Mercy
4. Coming Home
5. The Alchemist
6. Isle of Avalon
7. Starblind
8. The Talisman
9. The Man Who Would Be King
10. When The Wild Wind Blows
ocean 5/5
Wydawca: EMI
Premiera: 16.08.2010
Redaktor:
Maciej Kancerek, Wyświetleń:
558 [do góry]