|
Artykuł
12 sierpnia 2010 (19:13)
Toxic Bonkers i Fear Factory w klubie Progresja - 10.VIII.2010
Do Fear Factory po latach i przeproszeniu się z wokalistą Burtonem C. Bellem wrócił Dino Cazares. Ich najnowszy album „Mechanize”, to bez wątpienia próba powrotu do korzeni twórczości zespołu, w dodatku całkiem udana. Cóż więc pozostało jeszcze kwartetowi amerykan jeśli nie wrócić do Polski, aby zaprezentować swój nowy materiał swoim nadwiślańskim fanom? Podobnie jak przed innymi gwiazdami amerykańskiego metalu – Lamb of God, publiczność miał rozgrzewać łódzki zespół Toxic Bonkers. Tym razem z jeszcze słabszym skutkiem nic poprzednio. Podejrzewam, że ta grupka zapaleńców, która stłoczyła się pod sceną przyjechała z zespołem w jednym busie. Nie zrozumcie mnie źle, lubię Toxic Bonkers i planuję się w końcu wybrać na ich samodzielny występ, ale jako support wypadli słabo zarówno przed Lamb of God, jak i Fear Factory. Do tego nie pomogli im Panowie od nagłośnienia, którzy tak pokręcili swoimi gałkami, że słychać było tylko wokal, bas i perkusję. Sami przyznacie, że gitary są dość ważne w muzyce około-metalowej. Pozytywna różnica była taka, że tym razem pozwolono chłopakom z Toxic Bonkers zwiesić swój telebim na scenie a nie, gdzieś z jej boku. No, przynajmniej przez większą część ich występu, bo gdzieś w jego połowie zsunęła się na niego dekoracja Fear Factory i skończyło się oglądanie wizualizacji i teledysków przygotowanych przez chłopaków z Łodzi. Największe poruszenie, w zasadzie jedyne poruszenie, wywołał wśród zebrnaych tylko kawałek „Nazi Fuckers”. Po około trzydziestu minutach Toxic Bonkers pożegnali się i oświadczyli, że za około 25 minut na scenie pojawi się zespół, na który wszyscy tego wieczoru czekali. Zaczęło się od całkowitego zaciemnienia klubu i zadymienia go. Zaczęli jak na większości, jeśli nie wszystkich, swoich koncertów na tej trasie od tytułowego utworu z ich najnowszego albumu – „Mechanize”. Podobnie jak pozostałe piosenki, z „Mechanize”, które Burton i spółka zagrali tego wieczoru, utwór ten zabrzmiał jeszcze potężniej i dosadniej niż na albumie. Tak, „Powershifter” i „Fear Campaign” na żywo absolutnie miażdżą. Oprawa koncertu znakomicie współgrała z „mechanicznym” metalem granym przez amerykanów. Panujące przez większą jego część ciemności, rozświetlane przez prawie stroboskopowo pracujące światłą i wspomniane wcześniej zadymione wnętrze budowały duszną i złowieszczą atmosferę, której można by się spodziewać po wizycie w Fabryce Strachu. Oprawa miała też duże wsparcie w aurze, bo temperatura tego dnia w Progresji pozwalała na smażenie jajek na podłodze klubu. Nie przeszkodziło to jednak Fear Factory ruszyć nawet tak zramolałego słuchacza jak ja. Uczestnicząc w ich koncercie naprawdę trudno ustać w miejscu. Publika zresztą przyjęła ich fantastycznie. Odpowiedzialny za wokale Burton prawie przy okazji każdego utworu miał wsparcie gardeł zebranych w klubie fanów Fear Factory. Co warte podkreślenia, nie tylko kiedy utwór dochodził do refrenu. Widać było, że na koncert nie stawili się przypadkowi ludzie. Niestety odrobinę po raz kolejny święto to zepsuli odpowiedzialni za nagłośnienie, bo Burton był słabo słyszalny kiedy wykonywał „czyste” partie. Może to być skutek mojego częściowego uszczerbku na słuchu, spowodowanego wizytą dzień wcześniej na występie Converge w Krakowie, ale poza tym mankamentem, ciężko się do czegoś było tego wieczoru przyczepić w występie amerykanów na płaszczyźnie dźwiękowej . Showmańsko też wypadli bardzo dobrze. Burton pozwalał się wyręczać w śpiewaniu publice, parokrotnie też pozwolił sobie na pogaduszki z zebranymi. Co prawda grający na basie Byron, jak i obsługujący wiosło Dino ograniczali się do dostojnego zamieniania się stronami na scenie, oczywiście nieśpiesznie się przechadzając, ale niczego więcej od nich nie oczekiwałem. Co prawda, gdyby Dino nie pozwolił sobie na rozproszenie swojego, zapewne mającego wyglądać obojętnie i groźnie oblicza, śpiewaniem z Burtonem można by ich posądzić o zbytnie rutyniarstwo, ale daruję sobie tak daleko idące wnioski. Mam do siebie trochę pretensję, że właśnie w trakcie „spacerów” gitarzystów Fear Factory bardziej kojarzyli mi się oni z misiami Panda, niż z groźnymi niedźwiedziami Gryzli co trochę mi psuło „straszną” atmosferę koncertu, ale tu akurat pretensję mogę mieć tylko do siebie i swojej galopującej wyobraźni. Po zagraniu „Scapegoat” nastąpiła krótka przerwa wywołana zapewne wspomnianą przeze mnie wcześniej temperaturą panującą w klubie, a po niej już tylko bis. W jego trakcie zabrzmiały: „Demanufacture”, „Self Bias Resistor”, „Zero Signal” oraz „Replica”, a potem były już tylko kurtuazyjne podziękowania za pojawienie się w klubie i zapewnienia, że niedługo wrócą. Fear Factory udowodnili swoim występem w Progresji, że są zespołem wielkiego kalibru, nie tylko ze względu na rozmiary grających w jego szeregach muzyków. Zresztą patrząc na pojawiające się coraz śmielej u Burtona krągłości można odnieść wrażenie, że zapragnął on gonić swoich kolegów z zespołu w drodze do osiągnięcia kształtu idealnego. Toxic Bonkers mimo starań, wciąż nie udało się „kupić” warszawskiej publiczności. Główna część tego wieczoru z kolei spełniła moje najśmielsze oczekiwania. Pozostali zebrani tego wieczoru w Progresji, wnioskując z wyrazów twarzy opuszczających po koncercie klub też narzekać nie będzie. Fear Factory wypadli świetnie! Pozostaje cierpliwie czekać na kolejną wizytę Fabryki Strachu w Polsce, mając nadzieję że Burton jest słowny i faktycznie będzie nam dane się wkrótce zobaczyć. Tym razem jednak może przy niższych temperaturach, lub chociaż w klimatyzowanym wnętrzu. [zapraszamy do obejrzenia galerii]
Redaktor: Kosa ., Wyświetleń: 24138 [do góry]
Tienfzct (pokaż więcej)
I came here to study freepornmovie
296649 tubexo 555658 watcherswebblue :D tubewhale rtt naughtytube :-O
Data: 2012-03-26 19:09:38 [więcej]
Podobne
ARTYKUŁY
Sklep - losowe towary
|
Wywiady
Relacje
Statystyka
|